zanim stąd zniknę
i w dzwonie ciszy
owinięty pergaminem galaktyk
wymknę się z pełznących poematów
snów rdzawych szeptów
a serce niespokojna mewa
wyjęczy biel skrzydłami
wyśpiewam wyszepcę
gdy drzazgi słów spadają
pieśń o milczącym Logosie
mam tylko jazgotliwe znaczenia z przeciętym językiem
a sam utkany jestem z Jego milczenia
mętna surowica praw i brak powietrza
tak mało miejsca pomiędzy młotem gwoździem i uderzeniem
gdy drzazgi słów spadają
jesienią wyciągam je z rąk oczu i krtani
może nawet uwierzyłbym że są piękne
gdyby im nie brakło głębi i ostrości
gdy drzazgi słów spadają
mam tylko rozproszone litery
ślady martwej jaszczurki na parzącym piasku
i mienię się niezmiennie - jak morze - zmiennymi imionami
gdy drzazgi słów spadają
jestem asylabicznym owadem
z pokrętłem na rubinowym pancerzu
chyba nikt już nie szuka szyfru prócz Niego
gdy drzazgi słów spadają
Logos przechodzi bez początku i końca
bez namierzalnych sekwencji
sens ostateczny
wciąż i na wieki
otwarty
[nie mylić z "rozmyty"]
poniedziałek, 9 stycznia 2012
sobota, 7 stycznia 2012
słońca w soplach
kwarki rosy strącone
stracone we wschodach
jasny i skąpany w ciele wiersz - całun
pierwszy i ostatni poruszyciel krtani
w trójdźwięku świerkowego pudła
idealnie pomieszany zapach śmierci i żywicy
mleczna droga
w słonych pnączach ust
jej blask i bluszcz
uporczywe odnogi słów
myślniki owady starodruki porastające świt i deszcz
Ty jest wewnątrz ja
między cukrowymi kłami
między skórami tęczowego boa
narastające wymiary
ślepych nieskończoności
jak wytłumaczyć
bezwład galaktycznej baletnicy?
uczę się stąpania w pustce boso
flamenco na śniącym mchu
z przemalowanymi koralikami De-eN-A
a ta bezdenna i bez tchu
róża zakwitającej mgławicy
tańczy gdy ja gdzieś tam niesłyszalnie usycham
czwartek, 5 stycznia 2012
środa, 4 stycznia 2012
Nikt nie dostaje się do nieba bez walki. Nie ma głębokiego pokoju ducha "którego świat dać nie może" bez przyjęcia daru Ducha Świętego. Tylko dusza oczyszczona w ogniu Bożej Miłości może przyjąć Jego dar, a samo oczyszczenie nie jest duchową idyllą, czy pobożną sielanką - często bywa niezwykle intensywnym zmaganiem ze swym grzechem i wszelkimi skłonnościami do złego. Z całą pewnością to nie od Boga pochodzi duch, który kusi współczesnych ludzi (wrażliwych na świat ducha, kochających medytację, "czujących" obecność głębszych wymiarów rzeczywistości) "duchowością" charakteryzującą się postawą nie stawiania oporu. Nigdy, niczemu i nikomu. Tak można uzyskać efekt fałszywego pokoju, który może przekonuje intelekt, ale serca, czy głębi człowieka nie jest w stanie oszukać. Gdzieś w głębi ducha jest to ogromne nienasycenie i wzbierający niepokój, który jest oczywiście, bardziej lub mniej skutecznie tłumiony racjonalnymi argumentami. Po co walczyć ze złem, skoro tak naprawdę jest ono jedynie iluzją wynikającą z lęku? Ten ostatni, z kolei, bierze się z braku wiedzy o naturze wszystkiego? I tak stopniowo dochodzi się do wniosku, że to każdy emocjonalny, czy duchowy dyskomfort w człowieku jest czymś negatywnym, niż wyobrażone "zło z kopytami i rogami". Uważa się, że to właśnie negatywne emocje, które powstają w procesie walki duchowej zaburzają idealną harmonię wszechświata, dlatego należy je całkowicie wyeliminować. Oto misternie skonstruowana przez szatana pułapka dla tych wszystkich, którzy mają się za "oświeconych". Uważając się za elitę, ludzi wprowadzonych w wyższe prawdy duchowe, którzy mieli odwagę porzucić chrześcijańskie bajki (o Bogach-starcach na tronach i czyhających na ludzi diabłach z kopytami) kompletnie nie zdają sobie sprawy, że wkroczyli na bardzo niebezpieczną drogę. Taka postawa może ich skutecznie zablokować na przyjęcie rzeczywistego, Bożego pokoju, bez którego nie można poznać prawdziwego Oblicza Miłości Miłosiernej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

